Motocykle > Artykuły
Niewinny winowajca, czyli szkoła przetrwania.Wojciech Sławiński
Oto często spotykana w naszych miastach sytuacja drogowa, rodząca wzajemne antagonizmy między kierowcami samochodów i motocykli. Wyobraźmy sobie długą, szeroką ulicę w mieście X, po której powoli (40 km/h) porusza się środkiem pasa samochód osobowy. Jego kierowca jednocześnie z naciśnięciem pedału hamulca włącza lewy kierunkowskaz, spogląda pobieżnie w lusterko wsteczne i stwierdzając, że nikt go nie wyprzedza dokonuje skrętu w lewo w wąską osiedlową dróżkę.
Tymczasem z tyłu w odległości około 150 m jadę Ja – motocyklista doskonały. Z wygospodarowanego od żony wolnego czasu zostały jeszcze dwa kwadranse, a dopiero teraz naprawdę rozgrzałem się jazdą. Mój „przecinak” pasuje do mnie jak dobrze skrojony garnitur, więc mija tylko chwila i mam „140” na drodze z pierwszeństwem przejazdu. Ominięcie zaparkowanego zawalidrogi nie wzbudza mojej specjalnej czujności – przecież to częsty manewr. To nic, że prędkość wymusza odpowiednio długi skręt – mam przecież wolny czterometrowy lewy pas. Należy tylko wcześniej złożyć się, precyzyjnie ustawić maszynę obok osi jezdni i „łyknąć gościa jak pelikan rybkę”. Właśnie poprawiam na szyi apaszkę, gdy łapie mnie przeraźliwy skurcz gardła. Rety!!! Błysk stopów samochodu wzmaga to uczucie, którym najchętniej obdarowałbym policjanta drogówki.
Ten "czub" skręci w lewo – drążąca głowę myśl dodatkowo opóźnia podjęcie ratunkowej decyzji. Czyżby trafił się ślepy i nie widział motocyklowego światła w lusterku? Z żołądkiem pod gardłem wykonuję alarmowe hamowanie, posługując się przednim i tylnym kołem, a gdyby jeszcze można było zaprzągłbym do tego zelówkę buta. Zjeżone pod kaskiem włosy wyprostowały się do reszty, a do uszu dobiega charakterystyczny wizg opon dowodząc – jak mi się zdaje – że więcej się już nie da.
Resztę uwagi skupiam na analizie odległości pomiędzy samochodem potencjalnego mordercy, a drogą, w którą zamierza skręcić. Byłem już kilka razy w podobnej sytuacji i czuję, że nie zdążę wyhamować! Pozostaje mi 40 metrów i z sześć dych za dużo. „Pobranie” gościa z lewej strony nie wygląda zachęcająco, gdyż on mnie nie widzi i zapewne dokończy manewr. Zatarasuje wtedy cały pas ruchu, motocykl wpadnie do kabiny niby dodatkowy pasażer, a ja prawdopodobnie pofrunę dalej zawadzając tylko udami o słupek dachu.
„Za duże ryzyko” – błyskawicznie dochodzę do tego niewesołego wniosku. Jakiś niezbadany głos szepcze do ucha: „Z prawej, z prawej!”. Oczywiście istnieje jeszcze szansa, że facet zdąży wjechać i w miejscu potencjalnego zderzenia zastanę pustą lukę. „Wóz albo przewóz” – myślę, puszczając heble (dla odzyskania właściwości skrętnych) i kładę sprzęta w prawo. Jak dobrze, że tę zasłyszaną u Stolca w sklepie sztuczkę z hamulcami zdążyłem rano przetrenować na parkingu! Dosłownie o milimetr wcześniej ślepy idiota za kółkiem przejechał. Uff! Udało się. Teraz adrenalina trzyma jak najlepszy narkotyk, mógłbym chyba wyrwać drzewo z korzeniami. A może by tak teraz zawrócić i dokonać zemsty na i tak niepotrzebnym przecież bocznym lusterku?
Przez kilka kolejnych przecznic jadę jakby nieobecny duchem, rozmyślając dalej: „Jednak jestem kapitalnym jeźdźcem, bo inny nie uratowałby się z opresji. Nawet Max Biaggi pewnie nie dałby rady, przecież oni tam na tych torach tylko kręcą się bez sensu w kółko! Mają wszystko jak małpy wytrenowane i do tego najlepsze motocykle świata. Tutaj to była akcja!!! Jak opowiem, to kumple nie uwierzą”.
Sądzę, że każdy z nas mógłby w tym krótkim opowiadaniu odnaleźć psychologiczną cząstkę siebie. Analizując powyższą sytuację, zastanawiam się, kto byłby sprawcą zaistnienia ewentualnego wypadku. Policjant z pewnością winą obarczyłby naszego niedoszłego „Konińskiego” i w gruncie rzeczy miałby racje. Mało istotnymi stają się tu dywagacje i spory natury prawnej. Cóż za różnica, komu wlepią mandat i kiedy uprzątną potłuczone szkła oraz rozlany olej z jezdni? Kark niestety nadstawiamy my, ścigani. Często jesteśmy zarozumiali, zbyt pewni własnych umiejętności, niepokorni, ślepi… Ktoś mądry powiedział kiedyś, wskazując na cmentarną alejkę: „Tam leżą ci, co mieli pierwszeństwo przejazdu”.
Nie ulega wątpliwości, że miasto z asfaltami jak po klęsce żywiołowej, z mizernie wyszkolonymi kierowcami aut itd. to nie najlepsze środowisko dla popisowej jazdy na motocyklu. Sądzę, że pewnych rzeczy nie da się ze sobą pogodzić, a kto chce nadmiernie ryzykować, może szybko wyczerpać swój zapas szczęścia. Benzyna i woda nie mieszają się przecież. Nasuwa się takie porównanie z gościem, który chce wnieść skuter wodny na basen kąpielowy, solennie przy tym obiecując, że nikomu z pływających nie zrobi krzywdy…
Ale co zrobić, jeśli już tak troszeczkę poniesie nas fantazja, przekroczymy owe 60 km/h i znajdziemy się w podobnej do wymienionej na wstępie sytuacji? Właściwa decyzja to połowa sukcesu, należy podjąć ją w odpowiednim miejscu i czasie. Powyższy schemat jest pewnym uproszczeniem i nie zawiera wielu mających wpływ na skuteczność decyzji czynników, takich jak:
Uważam, iż dawanie innym rad dotyczących zachowania na drogach (szczególnie w ekstremalnych sytuacjach) jest trudne, gdyż właściwa decyzja zależy od niezliczonej liczby wzajemnie przeciwstawnych czynników. Zachowanie, które jeszcze przed chwilą było właściwe, po 10 metrach może okazać się tragiczne w skutkach. Kierującemu potrzebny jest wtedy nie tylko sprawny umysł, ale i sprawne fizycznie ciało.
Pojawienie się np. drugiego, jadącego z naprzeciwka pojazdu zburzy nasz proces decyzyjny ułożony w mózgownicy i prawdopodobieństwo kolizji pozostanie nadal duże. Życie uczy, że możemy rysować sytuacyjnych szkiców do woli, a i tak nie wyczerpiemy zagadnienia...
A tu jeździć trzeba, bo motocyklowy wirus zżera do szpiku kości. Dlatego pamiętajmy, że im mocniej odkręca się gaz, tym bardziej należy tracić zaufanie do wszystkiego, co się rusza po drogach i poboczach. Pracujmy nad płynnością własnych reakcji, wystrzegając się paniki, niekontrolowanego użycia dźwigni oraz raptownych szarpnięć kierownicą. Myślmy, przewidując za innych i pamiętając, że na hamowanie zawsze potrzeba jest o wiele więcej miejsca niż na ominięcie.
Jeśli jakiś pojazd jedzie podejrzanie wolno, przyjmijmy, że chce gdzieś skręcić i nie jest ważne, czy ma i czy włączył kierunkowskaz. Warto zaobserwować, gdzie patrzy kierowca – może szuka księgarni lub apteki, może gada przez komórkę lub wypatruje bocznej ulicy. Jeśli istnieje droga w lewo, to znienacka w nią skręci i lepiej 10 razy wyprzedzania zaniechać niż raz się pospieszyć. Opisane zdarzenia przypominają polowanie, tyle tylko, że zwierzyną łowną jesteśmy my.
autor na MP Superbike Poznań `96 mail: sowa10@gmail.com
|
data dodania: 2009-12-09 22:32:40 |
